Dziedziczka Morza i Ognia (The Heir to Sea and Fire, 1977) – pol. wyd. Mag, 2000; Harfista na wietrze (The Harpist in the Wind, 1979) – pol. wyd. Mag, 2000. Kyreol. Moon-Flash (1984) The Moon and the Face . Cygnet. Czarodziejka i Strażnik (The Sorceress and the Cygnet, 1991) – pol. wyd. w Super Fantastyka Powieść nr 1/2003
403ForbiddenYou don't have permission to access this document.
Plik Patricia A. McKillip Dziedziczka Morza i Ognia.rar na koncie użytkownika karolcia_sc • folder McKillip Patricia A • Data dodania: 12 cze 2014 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb.
26 kwietnia będzie mieć miejsce premiera najnowszej produkcji platformy Hulu – serialowa adaptacja książki autorstwa Margaret Atwood, The Handmaid’s Tale (polski tytuł: Opowieść podręcznej). W natłoku wielu nowych seriali być może wam ta wiadomość umknęła… A nie powinna! Co prawda serialu jeszcze nie widziałam, jeśli jednak będzie choć w połowie tak dobry, jak powieściowy oryginał, to… spokojnie będzie to jedna z najlepszych produkcji ostatniej dekady. Dlatego też chciałabym przybliżyć wam dzisiaj powieść Atwood. The Handmaid’s Tale to dystopia, napisana z punktu widzenia młodej kobiety… Dobra, już widzę, jak przewracacie oczami przed ekranem. „O nie, kolejna powiastka dla młodzieży w stylu Igrzysk Śmierci…”. No cóż, tym razem nie macie racji. Po pierwsze, powieść została wydana w 1985 roku, tak więc od obecnego wysypu dystopijnych young adult novels dzieli ją ładnych parę dekad. Po drugie, zdecydowanie bliżej jej klimatem do Roku 1984 czy Nowego, wspaniałego świata, niż do Igrzysk Śmierci. Po trzecie, akcja wcale nie dzieje się w odległej przyszłości. Można by powiedzieć, że są to niemal czasy współczesne… Świat poszedł naprzód. Nie ma już Stanów Zjednoczonych. Zamiast tego mamy państwo wyznaniowe Gilead, którego główną religią jest radykalny odłam chrześcijaństwa – purytanizm. Społeczeństwo zostało podzielone na klasy według statusu majątkowego oraz – co ważniejsze – płci. Równouprawnienie to już zamierzchła przeszłość… Kobietom zabroniono pracować, czytać i pisać. Od tej pory są to wyłącznie przywileje mężczyzn. Kobiety natomiast mogą być Żonami (Wifes), Martami (Marthas, nazwa klasy kobiecej służby domowej) lub tytułowymi Podręcznymi… Nową rzeczywistość poznajemy oczami jednej z nich. Jedynym celem Podręcznej jest urodzenie zdrowego dziecka swojej rodzinie. Dni spędza na robieniu zakupów i czekaniu na comiesięczny rytuał, podczas którego pan domu usiłuje ją zapłodnić. Jeśli się to nie uda, kobiecie grozi zesłanie do kolonii karnej dla Niekobiet (Unwomen). O niskim statusie Podręcznej świadczy między innymi fakt, że nie ma nawet własnego imienia, Obecnie nazywa się Offred (po polsku Freda), ponieważ należy do rodziny Freda. To zaledwie zarys wykreowanego przez Atwood świata, nie chcę jednak pozbawiać was przyjemności odkrywania jego niuansów. Mogę powiedzieć, że nie zabraknie tu żadnych typowych dla dystopii elementów. Przemoc władzy? Wysłanie do kolonii karnej, gdzie będziesz sprzątać radioaktywne odpady, wcale nie jest najgorszą możliwą karą za zbrodnie. Wszechobecna inwigilacja? Jak najbardziej jest. Pranie mózgu na ogromną skalę? Zobaczymy co nieco poprzez wspomnienia narratorki ze szkoły dla Podręcznych. Świat z The Handmaid’s Tale jest po prostu… przerażający. Chociaż pan domu Offred stwierdza, że była to zmiana na lepsze, trudno tak naprawdę znaleźć jej beneficjentów… zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn. Nowatorskim elementem jest wprowadzony zakaz czytania i pisania dla kobiet – nawet sklepy w mieście nie maja już szyldów z napisami. Zostały one zastąpione obrazkami. Niemożność utrwalenia wspomnień na piśmie czy też podjęcia jakiegokolwiek zajęcia intelektualnego sprawia, że Offred obsesyjnie powraca myślami do wspomnień sprzed rewolucji. Równocześnie zaś doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wspomnienia ulegają zatarciu i zniekształceniu, stają się „opowieścią opowiadaną samej sobie”. Wyjątkowa subiektywność historii wpływa na narrację, która podąża raczej za emocjami, niż za przyczynowo-skutkowym tokiem wydarzeń. Osobiście uważam to za zaletę powieści. Dzięki temu zabiegowi prawda o wykreowanym przez Atwood świecie jest odsłaniana stopniowo, a czytelnik angażuje się emocjonalnie w poszukiwanie prawdy wewnątrz wspomnień i przemyśleń narratorki. Gdy zaś odnajduje kolejne fragmenty układanki, przerażenie ogarnia go coraz bardziej… Osobiście uważam, że The Handmaid’s Tale jest najlepszą powieścią dystopijną, jaka kiedykolwiek powstała. Połączenie rygorystycznej społeczności, przypominającej XIX wiek, ze wspomnieniami narratorki o nowoczesnym świecie, który ją otaczał jeszcze parę lat temu, daje piorunujący efekt. Kanadyjska pisarka znakomicie pokazuje, do czego może doprowadzić nienawiść, fanatyzm, a przede wszystkim – obojętność. Nie ma tu ani grama przerysowania, wszystko jest osadzone w realiach dzisiejszego społeczeństwa, co wzmaga jeszcze siłę przekazu powieści. Piszę „dzisiejszego”, chociaż bowiem The Handmaid’s Tale wydano w 1985 roku, to przedstawiona w książce rewolucja mogłaby się zdarzyć również i dzisiaj. Po lekturze powieści przez długi czas dręczyło mnie okropne poczucie, że tylko krok dzieli nas od przyszłości podobnej do wizji Atwood. Nic dziwnego, że powieść ta doczekała się wielokrotnych wznowień (również w Polsce). Mam nadzieję, że serial odda sprawiedliwość powieściowemu oryginałowi i że dzięki niemu widzowie postarają się, by do takiej przyszłości nigdy nie doszło. SZCZEGÓŁY: Tytuł: The Handmaid Tale (angielski), Opowieść podręcznej (polski) Wydawnictwo: McClelland and Stewart (pierwsze wydanie angielskie), PIW (pierwsze wydanie polskie) Autor: Margaret Atwood Tłumacz: Zofia Uhrynowska-Hanasz (pierwsze wydanie polskie) Typ: książka Gatunek: literatura piękna Data premiery: 1985 (wydanie angielskie), 1992 (wydanie polskie) Liczba stron: zależnie od wydania NASZA OCENA 10/10 Posumowanie Plusy: + wszystko Minusy: – po lekturze czytelnik musi się zmierzyć z wieloma poważnymi myślami
Potężna eksplozja rozświetliła w niedzielę niebo nad Morzem Kaspijskim. Powstała w wyniku wybuchu kula ognia była efektem erupcji "błotnego wulkanu". Taka wersja wydarzeń została podana oficjalnie. Do wybuchu doszło nieopodal wybrzeży Azerbejdżanu. W okolicy miejsca zdarzenia znajdują się morskie platformy wiertnicze, zajmujące
Widok książek dotyczących rozwoju osobistego za każdym razem sprawia, że przeżywam wewnętrzny konflikt. Z jednej strony przed oczami staje mi wizja wydania ciężko zarobionych pieniędzy na serię bezsensownych komplementów typu „Masz w sobie tygrysa, którego musisz uwolnić” lub „Jesteś nieoszlifowanym diamentem”. Z drugiej strony pojawia się myśl, że może w tym konkretnym przypadku taka książka w istocie zaowocuje życiową zmianą na lepsze. Najnowsza pozycja wydawnictwa Insignis pozwoliła mi zweryfikować oba te założenia. O twórczości Bishopa słyszałem już kilkukrotnie. Od znajomych i rodziny dochodziły pogłoski, że jego twórczość to coś nowego w temacie rozwoju osobistego i że warto się nią zainteresować. Na rynku pojawił się zarówno Skończ z tym sh*tem! ,jak i Unf*ck Yourself. Napraw się!, a ja wciąż nie mogłem przekonać się do zakupu. Dlatego też Mądry, że f*ck jest moim pierwszym podejściem nie tylko do metod Bishopa, ale także ogólnie do tego typu literatury. Książkę w dużej mierze podzielić można na cztery odrębne sekcje, a także dodatkowe rozdziały na początku oraz końcu. Autor postanowił podjąć tematy miłości, utraty, strachu i sukcesu. W ramach każdej z części przedstawia błędne, jego zdaniem, zachowania ludzkie. Próbuje też wejść z czytelnikiem w polemikę, pokazując mu, że można do tych doświadczeń podejść lepiej i wyciągnąć jednocześnie wartościowe wnioski na przyszłość. Przesłaniem Bishopa, które niezależnie od rozdziału było zauważalne w trakcie całej lektury, jest rezygnacja z biernego nastawienia, w którym ulegamy innym osobom lub nawet własnym emocjom. Zamiast tego powinniśmy jak najczęściej brać sprawy we własne ręce i przyjmować na siebie wyłączną odpowiedzialność za nasze życie, a także wyciągać wnioski z popełnionych błędów. Bishop jest autorem kontrowersyjnym. Z jego słów można wyczuć mocną pewność siebie i swojego zdania. Czytelnik w trakcie lektury wielokrotnie bywa prowokowany, a jego światopogląd poddawany jest częstym atakom. Książka jest napisana językiem prostym, wulgarnym, bezpośrednim. Szukając informacji na temat autora, zauważyłem wiele opinii, że nie jest to wyłącznie radosna twórczość tłumacza, a próba odwzorowania obcojęzycznego slangu w naszym rodzimym języku. Jednym taka forma lektury może się spodobać, a drugich może wręcz skutecznie odrzucić. Przyznam, że pod tym kątem mam mieszane uczucia. Sposób komunikacji w istocie pozwala szybciej wziąć do siebie aktualnie czytane słowa i zacząć je rozważać. Niektóre zwroty przypominały mi jednak internetowy czat gimnazjalistów. Pojawiły się nawet popularne niegdyś skróty powstałe z usunięcia ze słowa samogłosek. Nie wiem, czy ktoś wypowiada się w ten sposób w trakcie rozmowy z drugą osobą, ale na pewno nie oczekiwałbym takiego poziomu komunikacji z profesjonalnym trenerem personalnym. Najlepsza nawet forma nie zdałaby jednak egzaminu bez odpowiedniej treści. Przyznam, że metoda oparta na prowokacji rzeczywiście działa. Przykłady podsunięte przez Bishopa bardzo łatwo skonfrontować z mniej lub bardziej dawnymi doświadczeniami, zaś wszelkie porady potrafią przesunąć czytelnika bliżej krańca strefy komfortu. Autor zachęca do lektury opartej na przemyśleniach. Wielokrotnie zaznacza, że książki nie należy czytać od deski do deski, a zamiast tego odłożyć ją co jakiś czas, a następnie pobyć chwilę ze swoimi myślami. Nie potrafię powiedzieć, że gdy dotarłem do ostatniej strony, to moje życie uległo drastycznej zmianie. Jednak parę zagadnień sprowokowało proces myślowy na życiowe tematy, a to można już przypisać Bishopowi za sukces. Nim przejdę do podsumowania, chciałbym jednak wyrzucić z siebie jedno przemyślenie, które dręczyło mnie od momentu rozpakowania paczki dostarczonej przez kuriera. Mądry, że f*ck stało się moim liderem pod kątem najbardziej bezsensownych tytułów, jakie można było nadać książce. Nie wiem, czy było to spowodowane chęcią stworzenia wizualnego połączenia z poprzednimi pozycjami autora czy też potrzebą ominięcia cenzury poprzez brak tłumaczenia słów wulgarnych (pozycja w oryginale nosi nazwę Wise as f*ck).Niezmiennym pozostaje jednak fakt, że gdy pierwszy raz usłyszałem o tej książce, moją jedyną reakcją było pełne rozbawienia prychnięcie. Mądry, że f*ck jest tworem, z którym dotychczas nie miałem do czynienia. Lektura tekstu tego typu była dla mnie doświadczeniem nietypowym i chcę do tej recenzji podejść w sposób równie niecodzienny. Dlatego też zrezygnowałem z wystawienia oceny w skali liczbowej. Bishop w swojej książce nieustannie prowokuje czytelnika, próbuje wyprowadzić go ze strefy komfortu i zmotywować do zmiany perspektywy oraz do wzięcia życia we własne ręce. Pozytywna lub negatywna nota mogłaby fałszywie sugerować szansę na sukces osiągnięcia wewnętrznej przemiany. Moim zdaniem jednak jest to kwestia całkowicie indywidualna i niemożliwe jest przygotowanie pozycji uniwersalnej, która zadziała na każdego człowieka. Mój światopogląd po lekturze nie runął, lecz z pewnością wielokrotnie zostałem zachęcony do różnych przemyśleń, a już to uważam za sukces. Każdy, do którego przemawia forma komunikacji zaproponowana przez autora, musi niestety samodzielnie zmierzyć się z książką i wyrobić sobie o niej zdanie. SZCZEGÓŁYTytuł: Mądry, że f*ck. Proste prawdy, które przeprowadzą cię przez życiowe g*wnoburzeTytuł oryginalny: Wise as f*ck. Simple Truths to Guide You Through the Sh*tsorms of LifeWydawnictwo: InsignisAutor: Gary John BishopTłumaczenie: Olga SiaraGatunek: Rozwój osobistyData premiery: stron: 248ISBN: 978-83-66873-14-8
Pierwszy tom trylogii Mistrza Zagadek. Dawno, dawno temu z powierzchni ziemi zniknęli czarodzieje, pozostawiając po sobie ukrytą w zagadkach wiedzę. Morgon, książę prostych kmieci z wyspy Hed, okazał się mistrzem w ich rozwiązywaniu, kiedy to rzucając na szalę własne życie, wezwał na pojedynek Pevena, zmarłego lorda Aum, i
W trylogii Patricii A. Mc Killip "Mistrz Zagadek z Hed", "Dziedziczka morza i ognia" i "Harfista na wietrze", wydaną przez Wydawnictwo MAG, nie ma szczęku broni, muskularnych bohaterów i potworów z całym sztafażem okropności, jest natomiast powoli snująca się opowieść-zagadka. To podróż drogi, bardzo częsta w literaturze fantasy, ale jakże inna: bardziej wyprawa w głąb bohaterów niż przemierzanie egzotycznych i różnorodnych światów od przygody do przygody, od bitwy do bitwy, od potwora do potwora. Jest to bowiem opowieść o poszukiwaniu boga, czy też raczej istoty nadającej światu równowagę, ład, a jednocześnie o poszukiwaniu prawdy o sobie samym, nieraz przerażającej i trudnej do zaakceptowania. McKillip konstruuje swój świat na naszych oczach, wraz z zadawaniem i odkrywaniem kolejnej zagadki, która nie niesie rozwiązania, a tylko staje się kolejnym pytaniem, kolejną zagadką. Rozbudowuje ten świat sam czytelnik, próbując odpowiadać na stawiane przed nim pytania, uczestnicząc w fantastyczno-kryminalnej grze: kim naprawdę jest główny bohater, książę Morgon, jakie jest jego przeznaczenie, co znaczą trzy gwiazdki na jego czole, jaka jest rola zmiennokształtnych – potężnych, pradawnych, nieprzyjaznych ludziom istot? Kim jest tysiącletni harfista Najwyższego Deth, który wciąga Morgona w podróż? I najważniejsza: co się stało z Najwyższym? Bowiem świat "Mistrza Zagadek z Hed" jest światem, w którym nie ma Najwyższego i nie ma magii. Kilkaset lat wcześniej zniknęli bez wieści wszyscy czarodzieje. Magię zastąpiły zagadki, w których zawarta jest cała wiedza, madrość, historia, wzorce postępowania. A co się stało z Najwyższym, mieszkający w głębi góry Erlenstar? Zaginął, uciekł, został wypędzony, czy opowiedział się po stronie zła? A może los ludzi przestał go interesować albo od początku zrobił sobie z nich okrutną igraszkę – jak lubili to robić greccy bogowie? Nie wiadomo tego do ostatnich kart trylogii – jak w dobrym kryminale. McKillip traktuje postać Najwyższego bardzo oryginalnie: choć to istota półboska, podlega opresjom, jakie mogą dotknąć każdego człowieka – przemocy, intrydze, podstępowi. Można go zranić, może się zestarzeć, bywa bezsilny. Ale bez Najwyższego świat ulegnie nieodwracalnej destrukcji. Choć wyznacza los Morgona, stopniowo odkrywając prawdę o nim samym, to jednocześnie jego los zależy od postępowania wystawianego na ciągłe próby bohatera. McKillip zaczyna swą opowieść w księstwie Hed, które zamieszkują twardogłowi, konkretni i przyziemni kmiecie. Interesuje ich jedynie hodowla i ceny płodów rolnych. Na tej wyspie nie ma bohaterów, wszyscy żyją skromnie, a członkowie książęcej rodziny niewiele poziomem życia i wymaganiami różnią się od swych prostych poddanych. Sami dobijają targu, sami pomagają w załadunku płodów rolnych na statki, księżniczka Tristan – młodsza siostra Morgona, biega na bosaka po murkach otaczających książęcą siedzibę. Książęta Hed to zakute świńskie łby, kochający, a jakże! – swoje świnie. To swojski świat, głęboko związany z ziemią, szanujący ją i rozumiejący. I jedyne księstwo w królestwie, gdzie nie wymyśla się zagadek, a to bardzo poważna wada, wręcz kalectwo. Miejsce, którego mieszkańców nie stać na zagadki, nie ma bowiem dla tamtego świata żadnego znaczenia. Zresztą, jakie może mieć znaczenie, skoro władcy Hed nie mają nawet swojej korony? Jednak bardzo szybko przekonujemy się, że "nic nie jest takie, jak się państwu zdaje" i do czego się przyzwyczailiśmy w przeciętnym fantasy, które stosami zalega księgarskie półki. Nawet jeśli dość szybko dowiadujemy się, kto opowiedział się po złej stronie, to nadal nie jesteśmy bliżej rozwiązania zagadki. To, co wydaje się nam silne – okazuje się bezradne, to, co wydaje się słabe – okazuje się mocne. Bo to poczciwy Morgon, młody władca Hed, zadaje zagadkę uwięzionemu w wieży upiorowi króla Pavena, której ten nie zdołał rozwiązać i zdobywa starodawną koronę królów Aum. A takiej sztuki nie mógł dokonać nikt przez pięćset lat. Wtedy właśnie McKillip zaczyna tkać swoją zagadkę: uderzają złe moce, a Morgon – choć bardzo tego nie chce – rozpoczyna wędrówkę w poszukiwaniu Najwyższego i prawdziwej istoty swej natury. Wędrówkę rozpoczyna także jego ukochana, księżniczka Raederle, druga co do urody kobieta w królestwie i protagonistka drugiego tomu trylogii. Morgon, któremu wędrówka odbiera niewinność, zaufanie, miłość, przebywa bardzo długą drogę od spokojnego mieszkańca nic nie znaczącego dla świata księstwa, aż do.... Ale zagadka jest zagadką. U McKillip nie ma potworów. Są za to zmiennokształtni, istoty obdarzone ogromną, pierwotną mocą i wrogie człowiekowi. Bardzo oryginalnie i konsekwentnie potraktowała McKillip ten motyw, częsty w literaturze, także fantasy. Zmiennokształtni nie dlatego budzą grozę, że przybierają kształty potworów, tylko dlatego, że mogą przybrać kształt przyjaciela, kogoś komu się ufało i kochało, i uderzyć podstępnie. Ale przecież zmiennokształtni są też ludzcy bohaterowie "Mistrza Zagadek z Hed", bo nie tylko zmieniają się wewnętrznie, ale także przybierają ciągle to nowe postacie: zwierzęcia, ptaka, drzewa. Rzec by można, że cała powieść McKillip, w której nikogo i niczego nie możemy być pewni, jest zmiennokształtna. Jest to jednocześnie powieść bardzo kobieca i piękna powieść o miłości i wierności, w której nie ma ani jednej sceny "łóżkowej", a wszystko oparte jest na czułym geście, spojrzeniu i delikatnym dotknięciu. Powieść McKillip powstawała w końcu lat siedemdziesiątych, a więc wtedy, gdy Ursula K. Le Guin pisała swego "Czarnoksiężnika z Archipelagu". Obie są podobne, obie wywodzą się z tego samego ducha, ciszy i zadumy, prezentujący kunsztowny świat opisany precyzyjnym, oszczędnym, wyciszonym językiem. Obie są po prostu inteligentne. U McKillip los bohaterów spełnia się przez długą wędrówkę, w której muszą się rozpoznać i zaakceptować. Ged Krogulec – czarnoksiężnik z Archipelagu u Le Guin w ciągu wieloletniej, nieustającej pielgrzymki – dojrzewa do swej prawdziwej natury, dorasta do człowieczeństwa i śmierci. Trylogię poleca we wstępie do "Mistrza Zagadek z Hed" Andrzej Sapkowski. I wie, co robi. Jolka
Plik McKillip Patricia A. Mistrz zagadek 2 Dziedziczka Morza i Ognia.pdf na koncie użytkownika failguard • folder McKillip Patricia • Data dodania: 6 gru 2011 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb.
Trzeci tom i kolejny smok na okładce „Brisingr” oznacza „ogień” w pradawnej mowie – zapomnianym języku, który służy przede wszystkim do rzucania zaklęć. To także tytuł trzeciej, przedostatniej odsłony cyklu Dziedzictwo Christophera Paoliniego. Czy autorowi udało się jeszcze bardziej rozpalić czytelników przynajmniej równie dobrą książką jak Najstarszy? Czy raczej skutecznie ugasił ich oczekiwania? Odpowiedź na to pytanie nie jest tak oczywista. Największy problem z tą częścią jest taki, że praktycznie rzecz biorąc, nie posuwa fabuły naprzód. Czuję się, jakbym oglądał Między słowami młodej Sofii Coppoli, gdzie w samym filmie właściwie nic się nie dzieje i obserwujemy grę ujęć między bohaterami, a akcja jest jakby obok. O ile obrazowi reżyserki nie można ująć sporej dozy artyzmu, za którą go doceniamy, o tyle u Paoliniego nie można powiedzieć, żeby podobna rzecz miała miejsce. I tu właśnie jest pies pogrzebany. Niestety, ale trudno mi wymienić zdarzenia, które bym kojarzył z tą książką – znalazłyby się może trzy, które zrobiły na mnie wrażenie na tyle, aby warte były porcji mojej pamięci (najazd Eragona na siedzibę jednej z jego nemezis, oblężenie dowodzone przez Rorana czy pobyt jeźdźca w Ellesmérze i jego skutek). Pod koniec znalazłem dramatyczną i wstrząsającą (w zamiarze autora) rozmowę smoczego jeźdźca z nauczycielem, dotyczącą pochodzenia Eragona, ale trudno byłoby mi powiedzieć, abym był szczególnie zszokowany tą genezą. Taka skromna liczba ciekawych wątków w tak obszernej pozycji, to trochę za mało jak na mój gust. Dla porównania – z Najstarszego pamiętam znacznie więcej. Zastanawiam się jednak, czy to trochę nie sztuka – napisanie ponad sześciuset stron właściwie o niczym i zrobienie tego na tyle atrakcyjnie, aby od razu nie rzucić tekstu w kominek, wymaga pewnej subtelności w manipulowaniu uwagą czytelnika. Największe wyzwanie to jak go nie znudzić i to się akurat autorowi udało. Nie czułem potrzeby zmiany lektury na coś ciekawszego. Jak Paolini to zrobił – do dzisiaj nie mogę rozgryźć. Może przyczynił się do tego jeden z bohaterów. Tym razem, mimo mych najszczerszych intencji, nie mogę powiedzieć, aby był to nasz drogi protagonista Eragon, który wpada w sidła sztampy i z niej nie wychodzi długi czas, przez co staje się zdecydowanie mniej interesujący. Za to z nawiązką wybija się na pierwszy plan Roran, jego kuzyn , którego losy śledziłem z nieudawaną uwagą. Uważam, że to jedna z nielicznie dobrze napisanych od początku do końca postaci u Paoliniego, a to już coś. Taki rodzynek na tle całej reszty. Pozostałe dramatis personae – czy to elfy, czy ludzie – sprawiają dokładnie takie samo wrażenie jak we wcześniejszych tomach historii. Na tym polu trudno też mówić o jakichkolwiek zmianach. Utrzymanie ciekawości czytelnika nie jest na pewno zasługą stylu, który jest taki jak w Najstarszym. Najwidoczniej pisarz postanowił trzymać się tego, co się sprawdziło i spodobało czytelnikom w drugiej części. Dalej mamy wszystko ujęte w dość prostych zwrotach bez wyszukanych hiperboli, metafor czy też górnolotnego słownictwa. Przyznam, że przy tej fabule, którą nam autor prezentuje, jakiś postęp w tej sferze też by się przydał, ale go najzwyczajniej w świecie jednak nie uświadczymy. Świat przedstawiony także zostaje w dużej mierze taki sam. Poznałem trochę nowych miejsc (jak chociażby wspomniana siedziba wrogów czy oblegane miasta, mamy okazję też zwiedzić parę miejsc w stolicy elfów), ale żeby one były szczególnie charakterystyczne, to bym nie powiedział. Brakuje mi lokacji, które wryłyby mi się pamięć, a w Najstarszym było ich parę. No cóż, nie ukrywam, że oczekiwałem więcej, a dostałem właściwie to samo, tylko dodatkowo gorzej fabularnie. Druga część rozdmuchała moje nadzieje jak balonik, a jednak w którymś momencie Paoliniemu skończył się hel. Nic, w porównaniu do drugiego tomu, się nie rozwija. Nie ma żadnej nowej jakości, o ciekawych postaciach nie wspominając. Nie pozostaje nic innego tylko czekać i liczyć na to, że finale grande będzie punktem zwrotnym i jednak zobaczymy krok do przodu. SZCZEGÓŁY:Tytuł: BrisingrWydawnictwo: MagAutor: Christopher PaoliniTłumaczenie: Paulina Braiter Gatunek: baśń, fantasyData premiery: stron: 651ISBN: 978-83-6640-902-6
. 335 91 593 639 515 443 162 464
dziedziczka morza i ognia